Mama

Druga ciąża. Co zrobiłabym inaczej

Mimo, że okres ciąży wspominam wspaniale, jest kilka rzeczy, które, gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym inaczej. Jeśli oczekujesz pierwszego dziecka, niech ten tekst skłoni cię do refleksji. Być może pewne kwestie warto przemyśleć jeszcze raz.

Druga ciąża. Co zrobiłabym inaczej

1. Nie ignorowałabym niepokojących symptomów

Miesiąc przed planowanym terminem porodu trafiłam do szpitala i niestety spędziłam tam całą resztę ciąży. Na szczęście, wszystko dobrze się skończyło, ale nie musiało tak być. Okazało się, że jestem chora na cholestazę ciążową, podstępną przypadłość zagrażającą zdrowiu dziecka.

Bardziej szczegółowo o cholestazie napiszę w odrębnym wpisie bo jest to ważny i mało znany temat. W skrócie, jest to choroba wątroby przyszłej mamy, niebezpieczna nie tyle dla niej samej co dla zdrowia i życia płodu. Ujawnia się właśnie w ciąży, a jej objawy nasilają się w miarę przybliżania się daty porodu. Kobieta zaczyna odczuwać uciążliwe swędzenie ciała, często w dość niespodziewanych miejscach takich jak podeszwy stóp lub przestrzenie między palcami. Około 33 tygodnia ciąży zaczęły mnie swędzieć dłonie, stopy, kostki i łydki. Nie miałam jednak pojęcia o istnieniu cholestazy i wszystko tłumaczyłam sobie np. rozciągającą się skórą (między palcami?!). Bagatelizowałam to. W końcu jednak, dolegliwości stały się tak intensywne, że budziły mnie w środku nocy, a rankiem odkrywałam, że podrapałam się aż do krwi. Nieświadoma powagi sytuacji, zaczęłam spokojnie rozglądać się w sieci w poszukiwaniu przyczyny . Szybko trafiłam na artykuły o cholestazie i przestraszyłam się jak poważne skutki może powodować (można przeczytać o nich np. tu).

Umówiłam się na wizytę u ginekologa, a on skierował mnie na badania krwi. Wyniki potwierdziły moje przypuszczenia, od razu po diagnozie zostałam skierowana do szpitala na oddział patologii. Tam wprowadzono mi odpowiednią dietę i leczenie, moje wyniki poprawiły się i na szczęście, mogłam doczekać z rozwiązaniem do 37 tygodnia ciąży. Nie chcę myśleć co mogłoby się stać, gdybym dłużej ignorowała niepokojące objawy.

Żadna kobieta nie chce zostać uznana za nadwrażliwą i biegać z każdym niepokojem do lekarza. Ale właściwie, czemu nie? Ty, twój spokój i twoje dziecko jesteście najważniejsi.

2. Nie zdecydowałabym się na obecność douli podczas porodu

Dla tych, którzy nie kojarzą określenia doula, jest to wykształcona i doświadczona również w swoim macierzyństwie kobieta, zapewniająca ciągłe niemedyczne, fizyczne, emocjonalne i informacyjne wsparcie dla matki i rodziny na czas ciąży, porodu i po porodzie (pisze Stowarzyszenie Doula w Polsce). Oczywiście, odpłatnie. Na doulę zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili. Kiedy trafiłam do szpitala i wiedziałam, że prawdopodobnie czeka mnie wywoływanie porodu przez terminem, z dnia na dzień coraz bardziej się bałam. Szukając jakiegokolwiek ukojenia moich lęków, wpadliśmy na pomysł wynajęcia douli zachęceni przez znajomych, którzy sami korzystali i byli zadowoleni z jej usług. Pani była młoda, sympatyczna, ale nie zdążyłyśmy się dobrze poznać. Przy porodzie była więc przy mnie obca kobieta. W najważniejszym momencie mojego życia! Jednocześnie, na sali porodowej mogła przebywać tylko jedna osoba towarzysząca (przed porodem, warto zapytać o to jakie zasady obowiązują w wybranym przez was szpitalu) także kiedy była ze mną doula, jednocześnie nie mogło być przy mnie taty dziecka (był na korytarzu, czasem się wymieniali). Jej masaże zbolałych pleców i okłady były przyjemne choć, i tak bolało jak cholera, ale wolałabym nieprofesjonalny masaż i uspokajającą obecność bliskiej osoby.

3. Powiadomiłabym moich rodziców o rozpoczynającej się akcji porodowej

Słuchaj intuicji! Ja nie posłuchałam. W szkole rodzenia położna radziła nam powiadomić rodzinę dopiero po wszystkim czyli kiedy maluch będzie już na świecie. Miało to dać nam więcej prywatności, a i partner nie musiałby non stop wisieć na telefonie odbierając wiadomości i połączenia znerwicowanych rodziców, teściów i wszystkich świętych. Zastosowaliśmy się do tej podpowiedzi chociaż ja w głębi serca czułam, że chciałabym mieć moją mamę przy sobie. Wiem, że i tak martwiła się o naskażdego dnia mojego pobytu w szpitalu, myślami była cały czas ze mną i żałuję, że nie zadzwoniłam do niej jadąc na salę porodową. Pewnie przyjechałaby od razu, a nawet jeśli miałaby dzwonić tysiące razy do mojego partnera to co z tego? To ja rodzę – jaką niedogodnością jest przy tym odbieranie połączeń?

4. Nie czekałabym do ostatniej chwili z wyprawką dla malucha

Taka chciałam być rozsądna! Taka praktyczna! Nie kupowałam synkowi właściwie nic, dużo rzeczy dostałam, wszyscy mówili po co kupować jak zaraz wyrośnie. Tym samym odebrałam sobie całe to zakupowe szaleństwo i radość z drobiazgów. Niepotrzebnie. Od tego jest ciąża, żeby się rozpieszczać, żeby cieszyć się pierwszymi bucikami i ozdobami do niemowlęcego kącika. Kiedy trafiłam do szpitala na miesiąc przed terminem, nie miałam dla małego nawet jednego wybranego własnoręcznie zestawu ubranek, który mógłby założyć po porodzie i nie czułam się z tym zbyt dobrze. Jestem sentymentalna, chciałam, żeby, kiedy zobaczę go po raz pierwszy ubranego, miał na sobie coś, co wybrała mu mama.

5. Zrobiłabym więcej zdjęć z sali porodowej

Oszołomiona przyjściem synka na świat, obawiając się skrzywdzić tę kruszynkę, nie chciałam, żeby jego tata robił mu zdjęcia, żeby dźwięk i światło aparatu przeszkadzało mu spokojnie zapoznać się z rodzicami. Myślę, że mogłam trochę bardziej wyluzować i uwiecznić więcej tych pierwszych chwil, które zawsze będę miała w pamięci, ale chętnie miałabym również w albumie. Bobasowi by to nie zaszkodziło, a moment jest na tyle przełomowy, że magicznie byłoby móc do niego wracać oglądając fotografie.

A ty, zrobiłabyś coś inaczej?

 

 

Zapisz

You Might Also Like

  • EEee

    1. Nie roztyła bym się tak bardzo. W pierwszej ciąży przytyłam 21 kg.
    Niczego sobie nie odmawiałam oprócz słodyczy, fast-foodów bo niezdrowe, ale co z tego jak opychałam się wszystkim innym? Teraz po 1,5 roku jestem w drugiej ciąży na półmetku (20tc) i mam +2/3kg, w pierwszej miałam już +8/9 kg… Każdy lekarz z jakim rozmawiałam mówił, że to niezdrowo przytyć ponad 18 kg, a najlepiej ok 13.
    2. Nie rodziłabym naturalnie. Przepowiadali mi duże dziecko i takie było, poród naturalny to zbyt duże ryzyko jeżeli dziecko waży ponad 4 kg. Teraz jak na USG będzie waga powyżej 3 kg nie będę rodzić naturalnie. Pomyłka USG przy pierwszym dziecku było 0,5 kg – z USG 3,5, a w rzeczywistości 4,2…. wszystko skończyło się dobrze, ale ryzyko było ZA DUŻE.

    • 1. 21 kg to jeszcze chyba nie tak źle bo znam osoby, które przytyły około 30 chociaż wiem, że nie ma co porównywać w tę stronę. Ja przytyłam około 15 kg. Ale masz rację, w kolejnej ciąży chciałabym przytyć około 10 kg. Tak jak ty, w tej pierwszej objadałam się wszystkim, ze słodyczami na czele.
      2. Dobrze, że wszystko skończyło się OK, niestety nie mogłaś wiedzieć jak się wszystko potoczy. Przynajmniej teraz będziemy mądrzejsze :)

  • Skoro byłam już w drugiej ciąży, napiszę, co inaczej zrobiłabym w trzeciej.

    Nie zaszła

    • Czy to jest na pewno twoje ostatnie słowo?

      • Ucięło emotikon diabła ;)

        A tak poważnie, bardzo ciekawy tekst.
        Szczerze mówiąc nie pamiętam już tak dobrze swoich ciąż. Chciałabym mniej się denerwować, jeśli kiedyś byłabym w kolejnej, ale to łatwo powiedzieć w momencie, kiedy zdrowe dziecko śpi tuż obok.

        Przy moich porodach była położna, nie znałam jej dobrze (jedno spotkanie), nie łączyło nas dużo, ale wybrałam taką osobę, której potrzebowałam. Kogoś kto mnie ogarnie. Ona była doskonała, nic z żadnych słodkich ciu-ciu-ru-ciu, tylko rzeczowo, konkretnie, ostro jak trzeba. Naprawdę osoba z wyczuciem sytuacji porodowej. A że prawie obca…? Mnie było wszystko jedno :)

        Na pewno cieszę się, że posłuchałam głosu intuicji i zabroniłam ojcu dzieci być przy porodzie (nie, nie cisnął jakoś, raczej bardzo mu ulżyło). Wspólny poród to w ogóle nie nasze klimaty i dobrze się stało, że potrafiliśmy to dostrzec. A presja była spora.

        Inspirujesz tym postem :)

        P.S. Widzę, że jednak postanowiliście kupić najpraktyczniejsze krzesełko świata. Ostatnio myłam nasze po zabawie farbami i po raz kolejny gratulowałam sobie wyboru.

        • Pikfe, też trafiłam na położną hardą i niećwierkającą i bardzo się z tego cieszę. Pod koniec, a akcja z parciem trwała dobre 2 godziny, cuda wymyślała, dopingowała mnie jak kibice boksera na ringu i nie pozwalała się poddać. Na początku trochę się jej przestraszyłam, ale później okazało się, że oprócz szorstkiego charakteru przy pierwszym kontakcie z pacjentem jest opanowana, zdecydowana i czułam się przy niej bezpiecznie.

          Oczywiście przez te kilkanaście godzin pojawiała się sporadycznie i tak naprawdę przy mnie była właśnie przez te ostanie decydujące 2 godziny. A cała reszta to czas, który teraz spędziłabym w 100% z moim partnerem, ewentualnie 50% z partnerem/50 % z moją mamą. Nie dzieliłabym go jeszcze pomiędzy nich i doulę.

          Co do intuicji, tak, najlepiej słuchać właśnie tego głosu. Ja zawsze mówiłam: żadnych facetów przy porodzie! A jak już byłam w ciąży to mi się zmieniło, a i przyszły tata chciał tego.

          Ps. Krzesełko w końcu zamówiłam na allegro, Ikea, dość tanie, idealnie się sprawdza. Twoja podpowiedź nie była bez znaczenia bo moim argumentem przy zakupie (mój partner chciał wcześniej zupełnie inny model) było to, że chwalą to krzesło doświadczone mamy (oprócz ciebie poleciła mi je koleżanka) :-)

  • Ciekawy tekst! A mnie zainteresowało, czy wiedziałaś przed wynajęciem douli, że tylko jedna osoba może być przy Tobie, czy dowiedziałaś się o tym jak już było za późno?

    Ja chyba nie mam takich przemyślen o tym, co bym zmieniła, bo mój poród tak bardzo sam z siebie wymknął się spod kontroli normalności i moich wyobrażeń, że chyba reszta przestała mieć znaczenie :)

    • Nie wiedziałam, że może być tylko jedna osoba. Dowiedziałam się kiedy położna kategorycznie kazała wyjść albo douli, albo partnerowi. Byłam tak znerwicowana (na porodówkę trafiłam nagle – zielone wody płodowe), że nie umiałam zdecydować jak to rozegrać więc postanowiliśmy, że doula zostanie i będzie się wymieniała z tatą dziecka 50-50. I tak było, ona siedziała przy mnie, a wtedy mój partner szedł na kawę i na odwrót. Zbędne kręcenie. A ja praktycznie jej nie znałam ponieważ spotkanie poznawcze miało mieć miejsce akurat tego dnia, kiedy rozpoczęła się u mnie akcja porodowa także wszystko potoczyło się bez ładu i składu.

      • O kurczę :( No to nie za ciekawie… ale grunt, że dobrze się skończyło :) A ile godzin rodziłaś? I właściwie – czy wiadomo czemu wody były zielone? Podobno czasem takie są, a wszystko z dzieckiem jest ok.

        • Zielone wody powstają wtedy kiedy dzidziuś oddaje smółkę w brzuchu mamy, a jest to wynik nawet niewielkiego niedotlenienia, a to z kolei już sprawka cholestazy. Więc kiedy lekarka zobaczyła wody wtedy od razu bez zabierania rzeczy, bez wracania do pokoju zawieźli mnie na porodówkę, od razu podłączają pod KTG, pod którym jest się cały poród (także nici z gimnastykowania się, różnych pozycji, skakania na piłce). 13 godzin minęło od odejścia wód do urodzenia się synka . Wszystko dobrze, 10 punktów!

          • No widzisz… a u mnie niby poród fizjologiczny – na porodowce od 10.30 do 12.55 az tu nagle na początku partych spadek tętna dziecka co zaowocowało próżnociągiem i 4 apgarami… i mimo że wody czyste były. ech :)

          • Poród – po prostu brak reguł. Dobrze, że dla nas obu i naszych maluszków zakończyło się wszystko OK!