Mama

Jak zmienia się codzienność mamy po powrocie do pracy. Moja historia

korpo praca mama

Kolejny dzień w pracy za mną. Dzisiaj po raz czwarty przekroczyłam próg biura po powrocie z urlopu macierzyńskiego. O tym jak zmienia się teraz moje życie codzienne mogłabym pisać i pisać. I piszę, a pisząc staram się wyciągać wnioski na kolejne tygodnie. Jeszcze dużo pracy przed nami zanim nasz harmonogram dnia nabierze klarowności i przestanie przypominać graficzne analizy meczu Jacka Gmocha.

Poranek i garderoba

Sam poranek nie zmienił się bardzo. Nadal budzą mnie wołania z dziecięcego łóżeczka, nadal karmię małego gada, przewijam, przytulam, gonię kiedy ucieka po całym mieszkaniu i włącza wszystkie najgłośniejsze zabawki. Wciąż nie zaznaję prywatności pod prysznicem i w toalecie. Aż wybija ósma i trzeba pożegnać się na dziesięć godzin.

Co się zmieniło? Nie narzekam na to wczesne wstawanie, doceniam możliwość spędzenia czasu razem. Mogłoby go być jeszcze więcej gdybym opanowała przygotowywanie garderoby na kolejny dzień, wieczorem. Całe moje dorosłe życie snuję marzenia o tym jak przed snem obmyślam stylizację na poranek, wyprasowane rzeczy układam tak, jak mają być ze sobą połączone docelowo, pachnące, z dopasowanymi dodatkami. Ile razy udała mi się ta sztuka? ANI RAZU. Za to zestaw dla dziecka przygotowuję bez szemrania, ale to raczej ze strachu. Boję się, że tata mógłby syna ubrać do żłobka w piżamę.

Bieganie zamiast spaceru

Spacery. Podczas urlopu macierzyńskiego spacerowałam chętnie i powoli. Poznałam wszystkie okoliczne zaułki, uliczki i trawniki. Teraz już nie spaceruję tylko biegam aż pot mi po tyłku leci. Nie mówię o joggingu, kto mnie zna ten wie, że szybciej piekło zamarźnie niż zaloguję się na Endomondo. Biegam za uciekającym autobusem i gnam na widok migającego zielonego sygnalizatora, żeby zaoszczędzić trochę czasu straconego w korkach. Z pracy nie wychodzę. Ja wystrzelam z niej jak z procy i lecę tak, że gdybym mijała na ulicy własną matkę, nawet bym jej nie zauważyła.  Jem na wynos, kupuję przez internet i pewnie kiedyś z tego ciśnienia wybuchnę, ale na razie szkoda mi każdej wolnej chwili, którą mogłabym spędzić z maluchem.

 

Dieta w korpo i melisa

Nie mam kiedy gotować. Nie mam czego gotować bo nie mam kiedy pójść na większe zakupy. W tym pierwszym tygodniu nie zanosi się na to, żeby udało mi się przyrządzić jakikolwiek ciepły posiłek. Dziecko je w żłobku, a ja u Pana Kanapki. Szarugę za oknem zapijam kawą i herbatą i stołuję się w kuchni z widokiem na wielkie budynki z małymi, przeżartymi światłem jarzeniówek oknami. Tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju. Podczas przygotowywania herbaty w biurowej kuchni, w szafce zauważyłam stosy pudełek z melisą. Parzą sobie, żeby łatwiej znieść ból korporacyjnego istnienia czy każą im pić, żeby zadawali mniej pytań? Nie wiem, ale postanowiłam pić pro forma. Jaki kraj, takie narkotyki. Kolejna rzecz to automat ze słodyczami. Jest. I patrzy na mnie. Jestem skończona. Złoty pięćdziesiąt tu, dwa złote tam i uzbiera się całkiem pokaźna suma pieniędzy i kilogramów. Jak do tego doliczyć koszt miesięcznego biletu i żłobka to chyba zwyczajnie nam się ten mój powrót do pracy nie opłaca.

Nie wszystko jest idealnie. Mało tego, miną jeszcze kolejne tygodnie zanim wypracujemy nasz nowy, domowy rytm i zanim każde z nas przyzwyczai się do swojej nowej roli. Ja do roli mamy pracującej, która aktualnie widzi syna przez mały ułamek czasu, jaki do tej pory mieli dla siebie. Tata do roli rodzica bardziej obecnego w życiu malucha, to on przeważnie zawozi i odbiera go ze żłobka. Dziecko do roli żłobianina , już nie niemowlaka, a małego chłopczyka. Nie wszystko jest idealnie, ale wiem, że damy radę. Tymczasem dzisiaj jest czwartek, a czwartek to mały piątek, wkrótce będziemy mieć czas dla siebie i wiem, że docenię każdą godzinę.

 

Zapisz

You Might Also Like

  • Jacek

    Dzięki! :)

  • Jacek

    Ej, chyba się przyda męski… ojcowski głos dla równowagi.
    Proszę przestańcie psioczyć na facetów, na pewno nie jest z nami aż tak źle… prawda? :)

    Pamiętam pierwsze dni jak przywieźliśmy Jagodę do domu. To ja ją przebierałem bo żona bała się, że „połamie jej te patyczkowe szkitki”. To ja czyściłem pempowinkę bo żona bała się, że to małą boli i zrobi jej dziurę w brzuchu”. O pierwszym kompaniu to już nie wspomnę.
    Chodzi mi tylko o to, że do czegoś tam się przydajemy :)

    Co do ludzkiego podejścia w polskim korpo… dostałem 2 tyg. zwolnienia lekarskiego na opiekę nad żoną po porodzie. Usłyszałem, że „rozwalam team… Nie identyfikuje się… Jestem kombinator… powinienem zastanowić się na swoim zachowaniem… itd. itp.

    • To straszne co piszesz o sytuacji w pracy! Przysługujące nam bez żadnej łaski prawo staje się niewygodnym przywilenejm, okropne. A jeśli chodzi o opiekę nad dzieckiem to przyznaję, że i u nas tata dobrze zajmował się małym, też czyścił pępek bo ja miałam obawy, do tej pory zajmuje się kąpielą praktycznie sam bo sprawniej mu to idzie, nie narzekam :-)

  • Wystrzał z procy – wyjście z pracy w piątek to już jest chyba ultra hyper szybki, nieprawdaż? :) och jak mi tych pieprzonych -pardon me – korporacji nie brakuje.
    Od zawsze pracowałam tylko i wyłącznie z mężczyznami, nie żadne tam korpo boxy, tylko hot desking pełną gębą….dosłownie :).
    Uwielbiałam te męskie komentarze w stylu : a ty w domku z tymi dzieciaczkami to tylko sączysz kawkę i oglądasz cbeebies. Hej dziś jest twój lucky dej – rozlicz ostatnie półroku w godzin 8…. ready, steady, go !!!
    ojjjjj ….jak mi tego nie brakuje :)
    Mam nadzieję, że w PL jest bardziej pro….ludzko :)!
    Pamiętaj …..masz tę moc….masz tę moc…. i meliskę. Dużo meliski :)!

    • Nie wiem kto to kiedyś będzie czytał także napiszę tak: u nas jest cudownie, bardzo ludzko i w ogóle ;-) Mam tę mooooc, mam tę moc!

  • Ola

    Uda Ci się i dla siebie naszykować, z wygody, moje szykowanie rano trwa wieki, nim dobiorę w co mam się ubrać. Wieczorem podszykowuję sobie, szykując córce – to tylko 5 minut więcej wieczorem, a ile czasu więcej rano.
    Ciesz się, że masz synka, u mnie jeszcze stres, jak mąż uczesze córkę – ma długie piękne loki, które zachodzą jej w oczy i przeszkadzają w zabawie. Zwykły kucyk stwarza mężczyźnie problemy, co te przedszkolanki sobie myślą, ech. Szykuję frotkę i spinki pod kolor, szczotka też musi być naszykowana na komodzie, skarpetki i majtki też, bo nie ogarnia. I odzież wierzchnia.

    Słodycze to zło:(

    • Masz oczywiście rację i taki mam zamiar do końca września opracować system, w którym wieczorem wszystko mam naszykowane. Dam znać na pewno czy się udało. A słodycze, eh, właśnie jem herbatniczki do kawy przed kompem.

  • Magda

    Ja szykuję ubrania. Dla siebie. Dla dziecka też. :)
    Raz moja córa poszła do żłobka w bluzce od piżamy. ;) (ubierał tata! :D)

    • A ja ciągle wierzę, że mi również się to w końcu uda wprowadzić w życie!